(Roz)kojarzenie: uniwersytet a społeczeństwo
[...] sprawić, aby uniwersytet jako miejsce spełniania się wolności stanowił spotkanie wielu obszarów.
Pierre Calame: Towards a Responsible and Civic University
W eseju zatytułowanym Obrona Sokratesa, czyli uniwersytet w świecie usług prof. Tadeusz Sławek pisał o trzech rodzajach bądź modelowych odmianach uniwersytetu we współczesnym świecie: 1. uniwersytet jako maszyna do kształcenia (Bildungsmaschine), 2. uniwersytet sokratejski i 3. uniwersytet korporacyjny. Zanim przejdę do przedstawienia profili tych trzech sposobów istnienia uniwersytetu we współczesnym świecie, chciałbym od razu wyłuszczyć mą intencję: szukam uniwersytetu najbardziej przychylnego przedsiębiorczemu myśleniu.
Postaram się także wskazać – o ile będzie to możliwe – taki typ uniwersytetu, który najlepiej funkcjonuje w perspektywie przedsiębiorczości akademickiej albo – innymi słowy – generuje największą przedsiębiorczość (nie tylko w sensie motywacji).
Chciałbym też określić, który model uniwersytet pozostaje blisko społeczeństwa, a który się mocno oddalił. Do pewnego stopnia – jak sądzę – to, co społeczne i przedsiębiorczość pozostaje w sojuszu. Warto byłoby sobie postawić pytanie pod koniec tych refleksji: co rozkojarzyło świat uniwersytecki i świat życia ludzi? Gdzie rozeszły się drogi?
Uniwersytet jako maszyna do kształcenia – jest to elitarna formacja o charakterze zamkniętym, która uczy umiejętności praktycznych, przydatnych do tego, by jej adepci mogli w przestrzeni zastanego świata łatwo i szybko zacząć się odnajdywać; taki uniwersytet musi produkować elitę, jednak jest to elita ostatecznie skazana na wielką konsumpcję; „wiedza jest tu – jak pisze prof. Sławek we wspomnianym już eseju – przygotowaniem do konsumpcji”; ten model doskonale sprawdzał się aż do połowy XX wieku, od czasu do czasu nawiązuje się do niego w konserwatywnych wizjach uniwersyteckiej reformy.
Uniwersytet sokratejski – jest to bardzo otwarty plan kształcenia (kształtowania człowieczeństwa), w którym wiedza nie jest bynajmniej traktowana jako produkt; wiedza w tym modelu staje się relacją, która wydobywa jej adeptów ku jakiejś samowystarczalności, może podmiotowości; tutaj powiedzielibyśmy, że charakter uniwersytetu znamionuje służebność czy też usługowość (może też usłużność); słowa kluczowe dla tego modelu: rzadkość, niepospolitość, wyjątkowość.
Uniwersytet korporacyjny – czyli właściwie „multiwersytecka” produkcyjna korporacja produkująca wiedzę na sprzedaż, wiedzę jako produkt; wiedza jest tutaj tym, czym samochody w fabryce samochodów czy komputery w fabryce komputerów; wiedza musi się opłacać; zasady w tej korporacji obowiązujące określa relacja kupno/sprzedaż; każde działanie przekuwa się na materialny wymiar, spienięża się je; Mildred Cho i Liza Bero udowodniły, iż 98 artykułów naukowych powstających na zamówienie (czyli w efekcie badań sponsorowanych przez przemysł) zawiera wyniki korzystne dla sponsora (podaję tę informację znowu za esejem prof. Sławka).
W tym miejscu przerywam, wracając myślą do mojego wyobrażenia o uniwersytecie. Sadzę, że uniwersytet to nie tylko miejsce i nie tylko forma kształcenia. Średniowieczna idea uniwersytetu, czyli idea, która ma status najbardziej źródłowy – to collegium publicum. Słychać w tym pojęciu relację: wspólnotę publiczną, społeczne zamiary uniwersytetu, otwartą na publiczność rodzinę, społeczność konstytuującą się w oparciu o łaciński spójnik cum, czyli „razem z”. Życie uniwersytetów to raczej relacje i więzi. Najstarsza nazwa uniwersytetu collegium publicum przekazuje ideę relacji w sposób doskonały. Dopiero z wielu kolegiów powstaje uniwersytet – czyli znowu jakby nadrelacja. Nawet w oświeceniowej, Kantowskiej wizji uniwersytetu, która zakładała, że uniwersytet pomnaża ludzi czytających, tj. gotowych do refleksji, nie ma miejsca na sprzedawanie czegokolwiek. Nauczanie nie jest produkowaniem niczego. Studenci nie są klientami – „Somos estudantes – não somos clientes!" („Jesteśmy studentami – nie jesteśmy klientami!”) – pikietują lizbońscy studenci i to wydaje mi się zrozumiałe.
„Prawdziwe nauczanie może być straszliwie groźne” – mówi w kilku swych tekstach George Steiner. Byłaby przeto ta sieć relacji i powiązań, którą umownie nazywamy uniwersytetem, wielkim i ryzykownym wysiłkiem na rzecz ideałów najwyższej jakości. Gdy nauczanie jest ryzykiem, niepewnym biznesem, uniwersytet staje się ryzykownym przedsięwzięciem, inwestycją wysoce ryzykowną: uniwersytet przedsiębierze wciąż ryzyko jako swą kondycję, do pewnego. Ale także – wedle Steinera – uniwersytet to coś groźnego, m.in. dlatego, że powinien być głosem spoza rynku, spoza demokracji, spoza religii (czyli przeciwko nim).
Uniwersytet nie jest wymarzonym partnerem ani dla społeczeństwa (resp. demokracji), ani dla biznesu. Nie ulegajmy złudzeniu! Uniwersytet nie może jednak się obrazić na rynek i społeczeństwo. Wychodzenie uniwersytetu ku rynkowi nie może być aktem desperacji, tylko świadomym krokiem, przypieczętowaniem odpowiedzialności wspólnoty uniwersyteckiej za losy świata problemów. Uniwersytecka przedsiębiorczość w Chinach i w Europie to dwie różne sprawy. Niemiecki filozof Peter Sloterdijk w swej najnowszej książce Du musst dein Leben ändern (Musisz zmienić swoje życie) powiada, że możemy się wprawdzie ścigać z Chinami, ale pod warunkiem, że chcemy, żeby Europa stała się podobna do Chin, tzn. za cenę utraty tożsamości...
Jakiego typu zatem uniwersytet byłby najmniej odległy od akademickiej przedsiębiorczości i od spraw społecznych? Wydaje się, że korzystny byłby model hybrydowy: połączenie modelu uniwersytetu sokratejskiego z uniwersytetem maszyną do kształcenia. Byłaby to instytucja poszukująca, zastanawiająca się, dająca wiedzę jako samowiedzę – i jednocześnie przygotowująca profesjonalistów. Nietrudno zauważyć, iż równowaga między stroną sokratejską i „maszynową” spowodowałaby największą erupcję przedsiębiorczości. Pomysły wychodziłyby od razu poza mury uczelni. Pomysły by się sprzedawały, nie ludzie.
Dlaczego nie biorę pod uwagę trzeciej opcji, uniwersytetu korporacyjnego, multiwersytetu? Ponieważ jest to coś, co nas już nie łączy, nie kojarzy, co nam odbiera wszelką wolę przedsiębiorczości. Multiwersytet zagraża zarówno społeczeństwu (bo już nic o nim nie mówi), jak i akademickiej przedsiębiorczości (bo nie generuje już pomysłów).
dr Zbigniew Kadłubek